Kontakt:

Dawid Dobosz

dawiddo@poczta.onet.pl
+48 696111620

30.12.2017

Deszczowe Bergen

Prognoza pogody zapowiadała się w miarę dobrze, jak na dwudniowy wypad do Norwegii. Północno-zachodnia część kraju, a bardziej miasto położone u brzegu morza Północnego otoczone norweskimi fjordami, których szczyty pokryte są białym puchem charakteryzuje się jednym czynnikiem, który nie został sprawdzony dokładnie, mianowicie jest to miasto w którym opady deszczu w skali roku są największe - pada tutaj około 260 dni w roku. Ale zacznijmy od początku, przylot w porannych godzinach i lądowanie po ciemku na lotnisku Bergen Lufthavn dawał trochę do myślenia. Przy lądowaniu widać było duże płaty śnieg spadające na pas lądowiska. Przy ogromnej prędkości samolotu i zmiany pułapu ku ziemi, płaty śniegu wyglądały niczym światła przy przenoszeniu się w czasie.  Wychodząc z terminalu trzeba przemieścić się do oddalonego o 18 kilometrów Bergen. 




Była godzina 8:40, a tu nadal nie widać świtu. Można poświęcić trzy i pół godziny na samotny spacer i dotrzeć do celu, ale w tym przypadku przy małej śnieżycy autobus to najlepsze rozwiązanie. Transport (Tide Buss) to koszt kr 77,50 w jedną stronę, a kierowca zawiezie aż do samego centrum miasta, zaraz obok dworca kolejowego. W drodze do miasta w ciemności przebijały się wzgórza i doliny ze świerkami na zboczach. Patrząc w szybę autokaru nie można wypatrzeć szczytu gór. Kierowca mija zaśnieżone, kolorowe domy z drewna, przystanki autobusowe oraz ludzi idących do pracy. Dzień się powoli zaczyna, szary świt odsłania zakamarki budynków. Po pół godzinnej jeździe autokar zatrzymuje się i pora wysiadać. Ciężko jest wysiąść jak się nie wie gdzie się ma iść, a bliski świt zmienia śnieżycę na deszcz. Na terminalu głównym dworca autobusowego jest mapa miasta, teraz już wszystko wiadomo, jak dotrzeć do hostelu. 




Hostel Marken Guesthouse mieścił się w centrum miasta na Kong Oscats gate, aby dotrzeć do tego starego budynku zapewne z ciekawą historią trzeba minąć pobliski skwer z basenem wodnym, zapewne nie do kąpieli. Jedynymi istotami żywymi, które mogłyby się zdobyć na orzeźwienie i relaks w tym zbiorniku są różnego rodzaju ptaki, szczególnie mewy i kaczki. Pierwsze kroki w tymi mieście, powolny spacer, w końcu ułożenie sobie ulic i mapy w głowie doprowadzi do noclegowni. Dość spory budynek z wielkimi drzwiami wejściowymi, a w nim informacja, że należy wjechać windą na czwarte piętro. Winda to dobrze rozwiązanie, jeżeli jeszcze nie jechało się starą szwedzką XX wieczną windą. Niby nic, ale na deszczowy początek dnia to zawsze coś. 

W recepcji siedział młody mężczyzna, który stwierdził, że trzeba wrócić pomiędzy godziną 12, a 13, ponieważ łóżko jeszcze nie jest gotowe. Świetnie, to w pokoju 10 osobowym nie ma innych gotowych bądź nieużywanych łóżek? Nieważne, 5 godzin wystarczy aby się przejść po mieście. Pomimo nieprzemakalnych ubrań pierwszy dzień spaceru po zachodniej części miasta upłynął dość spokojnie, bez pośpiechu. Na ulicach nieliczni spacerowicze z psami przyglądali się krajobrazom górskich widoków. Z lewej strony zatoka i przyległe do niej zbocza wzniesień, a po drugiej stronie morze. 


© Fotografia Dawid Dobosz
Przechodząc kolorowymi uliczkami, przez park, którego pamięta jeszcze jesień można dojść do uniwersytetu. Ogromny gmach, który dodatkowo posiada parę wydziałów robi niemałe wrażenie. Nowoczesne budynki w połączniu ze starymi kolorowymi drewnianymi domami idą w parze. Ulice są czyste. Po powrocie i meldunku w hostelu ubrania nadają się do kilkugodzinowego schnięcia. Kurtka, buty, plecak, a w raz z nim cała jego zawartość potrzebuje ciepła grzejnika, jedynego grzejnika na cały 10cio osobowy pokój przy którym sześć osób suszy sobie ubrania. W takim razie chwila odpoczynku, po otwarciu oczu chwila to zaledwie trzy godziny, a ubrania nadal wilgotne. Szkoda czasu na leżenie na łóżku i przeglądanie ciągle tego samego na telefonie. Mimo wilgotnej kurtki trzeba przejść się po mieście, tym razem w drugą stronę, tę wschodnią. 


© Fotografia Dawid Dobosz


© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz


Deszczowy wieczór nie nakłaniał sporo osób do wyjścia z domu. W jednym z fast foodów przy głównej ulicy tylko cztery osoby konsumowały kalorycznego hamburgera w zestawie za kr 118, co w przeliczeniu na złotówki jest to około 59 zł. Na przeciwległej ulicy, w bardzo obleganej kawiarni, klienci mieli nieco szersze pole do popisu, przykładowo herbata za kr 36 (18zł) oraz kawałek ciasta czekoladowego za kr 45 (22,50zł). 

Z tej całej wilgotności drapało w gardle, kaszel dokuczał wszystkim w pokoju. Było to małe podziękowanie za chrapanie trzech osób, które spały po obu stronach, powinni otrzymać za tą symfonię Bursztynowego Słowika, jeden się zaklinał że nie chrapie, ale po zjedzeniu całej podwójnej paczki paluszków i po wypiciu czterech tanich sikaczy – na dobry sen - to można mu wybaczyć. Szkoda tylko, że ten sen nie był przyjemny dla innych.

Po nieprzespanej nocy nastał kolejny dzień, który pokazać miał góry Bergens fjellstrekninger, tak naprawdę to nie wiadomo co przyniesie kolejny dzień, kiedy się nie wie którędy droga. Lało tak jak przez ostatnie 24 godziny, przez noc ubrania zdążyły wyschnąć ale po krótkim marszu i tak były przemoknięte. Pomijając fakt, że płaszcz przeciwdeszczowy kupiony za kr 100 (50zł) podarł się po 5 minutach noszenia. Problemem nie był sam płaszcz jako materiał, ale albo głowa była za duża, albo kaptur płaszczu za mały. 


© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz
Dość mozolna wspinaczka slalomowymi miejskimi drogami poprowadziła za miasto, obok jeziora Svartediket. Między innymi z tego miejsca mieszkańcy Bergen piją wodę, zapewne po filtracji. Kierując się w stronę szczytu Urliken krajobraz górski zmienia się. W tle słychać lejące się strumienie topniejącego śniegu, a w oddali widać strumień wodospoadu. Im wyżej tym pogoda bardziej zmienna, mimo tego że szczyty nie są tutaj zbyt wysokie. Na parę chwil pogoda dała odsapnąć, przestało padać, lekkie przejaśnienie dało nacieszyć oko widokami śnieżnych wzniesień, na których wyrastały szczyty świerków. 


© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz


Dzień w Bergen kończył się o 15:18, a aktualnie była 14:00. Bez odpowiedniego wyposażenia oraz bez towarzysza nie ma sensu wchodzić na samą górę. Przemoknięte buty również chciały wracać. Poniesione fiasko tego dnia to wyzwanie na następny raz. Góra nie zdobyta, trzeba się nacieszyć nocnym spacerem po mieście, starymi uliczkami, portem oraz wzgórzem zamkowym. Można też coś zjeść, nie koniecznie w restauracji, ale w supermarkecie obsługa nałoży odpowiednią ilość ciepłego posiłku, niecałe dwie duże łyżki zapiekanki makaronowej z szynką i boczkiem za około kr 37. Chyba, że ma się ochotę na kanapki z krótkim terminem ważności, które są przecenione -50%, to też jest jakaś oszczędność.

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz

© Fotografia Dawid Dobosz


Kolejny dzień minął, jutro powrót. Informacja o pobudce w godzinach wczesno porannych niezbyt ucieszyła sąsiadów z jednego pokoju. Tak to już jest w hostelach, nie masz wpływu na to, kto i o której wejdzie czy wyjdzie. Wychodząc z pokoju i zdaniu kluczyka można dojść do wniosku, że to całkiem przyjemne i czyste miejsce. Mimo zimnego pokoju i jednego grzejnika. Na dworze przestało padać, chmury przeszły w głąb kraju. W ciemnościach można było dostrzec skraje szczytów oraz ten szczyt, na którym się nie było. Kto chce może iść na łatwiznę wjeżdżając kolejką, ale tym traci widoki na szlaku.

Na przystanku czekali już inni pasażerowie. Szofer z napisem Bergen airport zatrzymał się w zatoczce, gdy drzwi się otworzyły wyłonił się mały człowiek z kierownicą większą niż on sam.

Na bardzo spokojnym lotnisku, tym samym z resztą co poprzednio przewijali się głównie pasażerowie ze sprzętem narciarskim. Lokalne linie lotnicze zapewne cieszą się popularnością. Przechodząc przez kontrolę widać było pusty terminal z otwartymi sklepikami, które ceny miały powalająco wysokie. Tak czy siak kawałka pizzy za 20 zł się nie odmówi, tym bardziej że zostały same monety, których kantor niechętnie przyjmuje, a jak już to o połowę wartości waluty.

Koleją rzeczy, a raczej wydarzeń było lądowanie na dobrze już znanym lotnisku w Gdańsku, tak minęła ta deszczowa podróż, początkowo z celem ujrzenia zorzy polarnej, a w końcu z efektem przemoknięcia do suchej nitki.


© Fotografia Dawid Dobosz